Osobowość UMiCa  
            A gdyby tak UMiC miał własną osobowość? Był realną istotą? Trudno to sobie wyobrazić? Otóż nie! Na dodatek powiem Wam więcej, personifikacja naszej szkoły istnieje i wcale nie jest mu wesoło, że wszyscy o nim zapomnieli… A oto jego opis:
Mikuś chodził po jednej ze szkolnych sal. Miał zawziętą minę. Tyle lat żył pomiędzy murami szkoły, jako... no właśnie nawet nie umiał powiedzieć, kim właściwie był. Nie był w pełni człowiekiem, nie był duchem. Był czymś innym, niezwykłym. Był personifikacją Uniwersytetu Magii i Czarodziejstwa. Czasami porównywał się do greckich bogów, oni też byli personifikacjami jakichś sił natury, przyrody, cech, przymiotów...
Wszyscy myśleli o UMiCu jako o szkole, ale przecież był on - Mikuś! Jego chodząca personifikacja. Jakoś kiedyś mało kto zwracał na niego uwagę. Nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie lubił publicznie występować, więc czmychanie między nauczycielami i uczniami nie było niczym niezwykłym. Wolał z resztą siedzieć u siebie. Rozmawiał, kiedy musiał zwięźle i zdawkowo. Logiczne i analityczne myślenie były jego atutami. Jego upór w pracy, dążność do celu i dokładność w działaniu nie raz pomogły dyrekcji wybić szkołę wyżej.
Kiedy się zrodził, wraz z powstaniem szkoły, nie miał lekko. Aby stać się silnym, aby zaistnieć wraz ze szkołą w świecie, musiał się napracować. Lubił pracę, choć wciąż pamiętał, jak było ciężko. Z początku bieda i udręka... Na szczęście jego pracowitość i zapał, wewnętrzna siła i systematyczność sprawiły, że osiągnął zamierzone cele. Pracował dla siebie, ale i dla szkoły. A ta stała się ważna, wielka, potężna. Jej wielką siłę stanowili uczniowie i profesorowie. Mikuś zawsze mógł na nich liczyć, ale sam także był podporą. Niestety... ostatnio coraz więcej pojawiało się sprzeczek, spięć, nerwów i zmian. A on nie potrzebował wchodzić z innymi w bliskie, czułostkowe interakcje. Aż do tego roku nikt się nim pod tym względem nie interesował... A teraz? To całe swatanie? Te wielkie rodziny, które wciąż się rozrastały? Co to miało być? Bał się tego w duchu. I to w głównej mierze było powodem, dla którego szorował ławki w klasie... Praca go uspokajała, nie umiał się inaczej relaksować.
Mikuś westchnął nieszczęśliwie i spojrzał na plamę po atramencie. Miał wrażenie, że nikt niczego nie szanował. Młodzież się rozleniwiła.. Nie czuł się z tą myślą swobodnie. Zawsze czuł, że praca, podejmowane zadania, realizowane cele były tym, w czym się spełniał i realizował. Nie rozumiał lenistwa. Nie rozumiał też gadulstwa i rozwodzenia się nad uczuciami. Nie robił tego nigdy. Lubił co prawda, gdy się dookoła coś działo...


Ale ostatnio działo się wiele dziwnych rzeczy... Dramy były na porządku dziennym. Te ciągłe wycieczki po szkole i przetrząsanie kątów… Tylko jakoś zapomniano o tym, że to to nie wszystko, że to nie najważniejsze. Przecież jest jeszcze nauka! Ale oni zapomnieli… Woleli zabawy, gry i odkrywanie tajemnic szkoły, które tak próbował ukrywać…
I biedny Mikuś się z tym zmagał, pracował z dyrekcją nad nowym wyglądem szkoły, nad zmianami. Skoro nauka, to było za mało, trzeba było wyjść na przeciw zmianom, nawet jak to godło w tradycję. Ale nie mógł się pogodzić z tą całą ckliwością... Czuł, jak te ludzkie bóle, żale i słabości, pustki w salach lekcyjnych, niskie stopnie go dotykają. Czuł się nieswojo. Wolał ukryć się w zaciszu nauczycielskich gabinetów i pracować. Kiedy brakowało mu pracy, a ostatnio tak było, czuł się nie na miejscu. Czuł też, że te uczuciowe problemy go przenikają. Wrażliwość uczniów i nauczycieli wpływała na niego niepokojąco. Zatem uciekał w działanie. Ostatni stał się szkolnym woźnym, albo też pracownikiem administracji. Wszystko skrupulatnie sprawdzał, wyliczał, pilnował, podczas gdy inni biegali po szkole robiąc wokół siebie zamieszanie...
Szkoła się zmieniała. Ostatni rok kalendarzowy był rokiem zmian w kwestii posiadania, kupowania. Teraz wkradały się czułość, wrażliwość, lenistwo, niestałość... Mikuś nie umiał się w tym odnaleźć. Na szczęście zauważył ogólną potrzebę pomagania sobie nawzajem. W szkole zniknęła gdzieś ostra rywalizacja. Domy sobie pomagały, podpowiadały. Dekorowały szkołę, zwracały uwagę na piękno języka, treści. Myśl o wycieczkach i wspólnych spotkaniach w końcu wywołała uśmiech na jego twarzy. Może nie była to nauka, ale służyło to integracji, a jeśli miało to wynieść szkołę jeszcze wyżej… To czemu nie? To sprawiało, że Mikuś czuł się podniesiony na duchu.
O tym wszystkim Mikuś, duch personifikujący UMiCa myślał sprzątając pracownię po lekcjach uczniów. A kiedy ta praca dobiegła końca, ruszył do biura podliczać punkty, W końcu w szkole praca się nie kończy. Zawsze się coś znajdzie do roboty. I co cieszyło go najbardziej.




8
7
Poprzednia strona || Następna strona